Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KaPoK. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KaPoK. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 września 2021

Sensacja: Bełchatowianie zaprezentowali swój film w Bełchatowie!



Niebawem miną dwa tygodnie od czasu naszej premiery. Najwyższa pora na małe podsumowanie i porcję refleksji.

Po pierwsze należy jasno powiedzieć, iż z przebiegu wydarzenia jesteśmy zwyczajnie zadowoleni. Gdy kilka miesięcy wcześniej ustalaliśmy jego termin, w głowach rodziło się wiele obaw i wątpliwości. Baliśmy się choćby lokdałnów. Szczęśliwie jednak zbrodniczy koronawirus z aranżowaniem w naszym nieszczęśliwym kraju swojej kolejnej fali znów postanowił taktownie poczekać aż do końca lata.

sobota, 15 kwietnia 2017

Kapok u progu świąt

Od czasu do czasu zdarza nam się stawać przed nieco krępującymi pytaniami o to, kiedy wreszcie skończymy film. W formułowaniu coraz bardziej kłopotliwie brzmiących odpowiedzi nabraliśmy już chyba większego doświadczenia niż w samym tworzeniu filmów. I tak od kilku miesięcy odpowiedź kanoniczna brzmi: Nie wiemy, ale po tylu latach przestaliśmy się już śpieszyć...

Na pierwszy rzut ucha zdanie to może się wydawać mętnym wykręcaniem od jakichkolwiek konkretów. W rzeczywistości stanowi ono jednak samo sedno i esencję całej prawdy, jaką w tej sprawie dane jest nam znać. Ileż to razy na tych łamach zapewnialiśmy, że film będzie gotowy już niedługo, "do końca roku", "do wiosny", itp. Zawsze pisaliśmy takie rzeczy szczerze, ale sami Państwo widzą, w jak wielkim bywaliśmy błędzie. Zatem "nie wiemy".

W swej działalności filmotwórczej, o czym należy pamiętać, Kapok niezmiennie pozostaje grupą amatorską. Na co dzień każdy z nas zajmuje się czym innym. Trzeba wszakże z czegoś żyć. Te codzienne zajęcia przeważnie nie zdradzają żadnych pokrewieństw z dziedziną sztuki, którą zajęliśmy się jako Ferajna. Nieraz nie zdradzają nawet pokrewieństw ze sztuką jakąkolwiek. Oprócz tych odległości - nazwijmy to - tematycznych dochodzą odległości stricte geograficzne. W tym świetle czujemy się zawsze lekko usprawiedliwieni. Każde postępy w pracach nad filmem okupione są przecież bezwzględnie wyrzeczeniami i inwestycjami, a ani czas ani budżet nie są z gumy. Znając te realia, łatwiej też zrozumieć, dlaczego, np. nasza strona na Facebooku od dłuższego czasu zapełnia się głównie życzeniami świątecznymi. Na przemian tymi grudniowymi i wielkanocnymi...

Innych treści jest pośród życzeń stosunkowo niewiele, nie dlatego że nic się nie dzieje. O nie, nazwanie tego niczym byłoby jednak grubą przesadą!

Zatem... Nie wiemy, kiedy skończymy film, chętnie za to podzielimy się informacjami o tym, co już jest, a czego jeszcze nie ma. Jak wiadomo, ponad rok temu ukończyliśmy zdjęcia. Materiał trafił do  postprodukcji, zaś równolegle rozpoczęły się też prace nad dźwiękiem. Dzięki tym drugim, jeszcze w głęboko roboczym stadium, film bardzo szybko zyskał formę dającej się obejrzeć od początku do końca całości, która z kolei już wtedy zdołała nas utwierdzić w przekonaniu, że koncepcja ma ręce i nogi i jakoś drastycznie naszych wcześniejszych wyobrażeń nie zawodzi. W takiej postaci pokazywaliśmy "C'est la vie" wielu zaufanym osobom. Warto bowiem znać opinie różnych ludzi jeszcze na tym etapie, gdy cokolwiek można zmienić. Przechodzenie udźwiękowienia ze wspomnianego głęboko roboczego stadium do brzmienia ostatecznego okazało się procesem dużo bardziej czasochłonnym, niż można było wcześniej podejrzewać. Finalizacja tego elementu obecnie zdaje się być bardzo bliska i wymagać już raptem kilku szlifów i poprawek. Podobnie jest z postprodukcją. Korekcja kolorów, usuwanie rigów, kluczowanie, filtrowanie - jest co robić. I choć naszym oczom regularnie ukazują się kolejne "zrobione" ujęcia, to jednak finisz nadal pozostaje melodią przyszłości. Poza tym już względnie niewiele prac przed nami. Przy naszym systemie działania coś takiego jak montaż ogranicza się do kilku drobnych ruchów - tu krócej, tam dłużej, tu wyciemnić, tam odwrócić zaplanowaną kolejność, itd. - które właściwie mamy już za sobą. Niemal ostatecznie gotowy do pokazywania jest zwiastun, a rozmowy na temat organizacji uroczystej premiery prowadzimy coraz częściej. Brzmi optymistycznie, ale nauczeni doświadczeniem niczego nie obiecujemy.

Na podstawie powyższego Szanowny Czytelnik łaskaw sam odpowiedzieć sobie na pytanie, kiedy skończymy "C'est la vie". Może uda się do następnych świąt? Dla bezpieczeństwa jednak lepiej nie mówić, które święta możemy mieć na myśli... ;)

Wszystkiego dobrego, najweselszych, najwspanialszych Świąt oraz wyporności przez resztę roku życzy cała załoga Kapoka!

niedziela, 17 lipca 2016

Dźwięk

Na ukończeniu są prace nad udźwiękowieniem "C'est la vie". Zamknięcie tego etapu pozostaje kwestią pewnej niewielkiej już ilości ostatnich szlifów i poprawek. Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, jak drastycznie odmienny może być odbiór filmu z dźwiękiem i bez dźwięku. Nie jest to sugestia, by koniecznie zaraz w ramach eksperymentu oglądnąć jakieś dowolnie wybrane dzieło kinematografii ze skręconą do zera gałką "volume". Bo i nie w tym rzecz. Diabeł tkwi gdzie indziej, a mianowicie w szczegółach. Możemy słyszeć, powiedzmy, dialogi. Nawet muzykę. Ale dopóki oprócz tego widoczny na ekranie ruch nie jest wsparty odpowiednio dobranym drobnym szmerem, szelestem, stuknięciem, puknięciem, podmuchem, piśnięciem, chrupnięciem, itd., dopóty film z reguły zdaje się być płaski i pusty. Mało tego. Ruch ruchem, ale równie ważne są bezruch i statyczność. A więc - w uproszczeniu - "brzmienie ciszy" w filmie.


Wielka to frajda dla twórców zobaczyć po raz pierwszy, jak obraz zgrywa się z dźwiękiem. Swoją drogą jest to też moment istotnej próby, podczas której zazwyczaj rozstrzyga się sporo kwestii. Czy ujęcia następują po sobie w odpowiedniej kolejności, czy tempo filmu jest właściwe. Czy dynamicznie obraz układa się w zgrabną i logiczną całość. Czy pewne momenty o największej wadze nie występują zbyt blisko siebie, nie pozwalając jeden drugiemu wybrzmieć. Albo zbyt daleko, przez co środek ciężkości pozostaje niedookreślony i rozmyty, a cała dramaturgia się rozkleja. Wszystkie te sprawy z zasady od najgłębszych początków prac nad filmem są poukładane i wielokrotnie przemyślane. Ale prawda jest taka, iż to właśnie wraz z pojawieniem się dźwięku cały ustalony ład i porządek potrafi w zaskakujący sposób pokazać nam swoje zupełnie inne nieznane oblicze. I nieraz - w najgorszych przypadkach - okazuje się, że właściwie to koncepcja nadaje się do remontu.

Na szczęście przy "C'est la vie" ominęły nas tego typu problemy, a dźwiękowiec (niżej podpisany) z całą satysfakcją powtarzał sobie radośnie, że jest pierwszym człowiekiem, który ma szansę się przekonać i przekonuje się, że wszystko gra, zgadza się i żre. Słowem - to jest to! Jeśli mówimy o w sumie kilkuminutowym filmie, nad którym do tego momentu KaPoK siedział blisko sześć lat - proszę uwierzyć - możliwość takiego przekonania się, że to jednak działa, to ogromna radość. Aż dziw, że nikt, wykrzykując "eureka", nie wyskoczył na ulicę.

A teraz deser. Otóż ze ścieżką dźwiękową "C'est la vie" wiąże się też kilka ciekawostek. Jak choćby ta, że w filmie będzie słychać głosy wszystkich członków KaPoKa! I to słychać na tyle, że, odpowiednio wytężywszy zmysły, każdego z osobna będzie dało się rozpoznać. Jeśli zaś chodzi o "brzmienie ciszy", trzeba przyznać, iż mamy w tej warstwie filmu sporą rozpiętość geograficzną. Wykorzystane są bowiem ambienty nagrywane zarówno w naszym rodzinnym Bełchatowie, jak i w Częstochowie, w Łodzi, a wreszcie nawet i w Gdyni! Niektóre elementy ścieżki dźwiękowej kulturalnie pożyczyliśmy. Otóż tłem dla jednej ze scen "C'est la vie" stał się rozbrzmiewający z telewizora "Arcy kórwa morderca" naszego kolegi Maćka Głowińskiego. Tym samym więc w ujęciu geograficznym dochodzi także wątek warszawski. Na koniec, żeby nie było zbyt nudno, wspomnimy jeszcze o istotnym udziale w ścieżce dźwiękowej, czytającego na głos obce języki translatora Google...

Teraz czekamy na finisz postprodukcji. Tym samym "C'est la vie" powoli, powoli wypływa wreszcie na powierzchnię!

czwartek, 18 lutego 2016

Małe podsumowanie

Blisko dwa tygodnie temu ogłaszaliśmy światu zakończenie zdjęć do naszego najnowszego filmu "C'est la vie". Wówczas - w emocjach, całkiem na gorąco - uznaliśmy przezornie, że może nie jest to jeszcze najlepszy czas na refleksje i podsumowania, zatem na dość zdawkowym fejsbukowym komunikacie poprzestaliśmy. Teraz, gdy temperatura nieco już opadła, pozwolimy sobie zabrać Szanownych Państwa w swego rodzaju sentymentalną podróż poprzez wszystkie te ostatnie najintensywniejsze miesiące kapokowego życia - bo na podsumowanie ostatnich lat przyjdzie czas, gdy uporamy się już nie tylko ze zdjęciami, ale z całym filmem...

niedziela, 3 stycznia 2016

Nie jest źle

Proszę Państwa,
Sielanka dobiega właśnie końca. Dla wielu z nas czas świąteczno noworoczny jest pełen dni całkowicie wolnych od codziennych obowiązków. W naszym przypadku okoliczność ta naturalnie stała się okazją do nadgonienia wielotygodniowych przestojów w pracach nad filmem. I nadgonić udało się całkiem konkretnie! Minionej nocy została ukończona czwarta z pięciu zaplanowanych scen filmu. Łącznie mamy już 8701 zdjęć. Pod względem ilościowym nie jest źle. A jak pod względem jakościowym? Nie będziemy rozpisywać się o tym, co nam samym się wydaje, bo nie wypada - i nawet trudno by było - być sędzią we własnej sprawie. Wspomnimy natomiast, iż pewne obiektywne prawa przyrody zdają się potwierdzać, że tu też nie jest źle!

Skoro już bawimy się czasem w te statystyki, można spojrzeć na to w ten sposób. Zdjęcia rozpoczęliśmy 28 czerwca 2015. Dziś - 3 stycznia 2016 - mamy już zatem na liczniku dzień nr 185. Daje to średnio 47 zdjęć w ciągu dnia. Niezbyt szybkie tempo, prawda? Gdy jednak do liczenia przeróżnych średnich uwzględnimy nie tyle start zdjęć, co moment rozpoczęcia jakichkolwiek działań z tym filmem związanych, okaże się, że średnie tempo mamy jeszcze gorsze. Przypomnijmy, że niedawno minął piąty rok od rozpoczęcia prac nad "C'est la vie". Wychodzi więc na to, iż do tej pory nasza średnia prędkość to 69 sekund filmu na rok, co w przeliczeniu dawałoby niecałych 5 zdjęć na dzień...

To oczywiście tylko średnie. Choć prawdziwe, często pokazują rzeczywistość w krzywym zwierciadle. Wystarczy wspomnieć, powiedzmy, o średnich zarobkach w naszym nieszczęśliwym kraju... Niemniej jednak i bez zbytniego wczuwania się w jakiekolwiek statystyki nietrudno stwierdzić, że tempo naszych prac jest wolne lub bardzo wolne. Niewątpliwie też działamy tanio, oszczędnie przecedzając każdy wydawany grosz przez sito wątpliwości i pytań w rodzaju "czy na pewno warto?". Zgodnie zaś z obiektywnym prawem przyrody zilustrowanym poniżej, jeśli jest tanio i szybko, nie może być dobrze.

http://like-a-geek.pl/felietony/tanio-szybko-dobrze-wybierz-dwa/


Skoro więc w naszym przypadku jest tanio i wolno, wolno nam się chyba łudzić, że jest dobrze, no bo przecież nie jest źle!

niedziela, 27 września 2015

Przerwa w przerwie

Szanowni Państwo,
Dziś, dziś, dziś! To właśnie dziś! Machina, która blisko miesiąc wygaszona, wystudzona i smutna bezczynnie stała, wreszcie - ku uciesze wszystkich - ruszyła. I ruszyła we właściwym jedynie słusznym kierunku. Do przodu! Tak jest, mówiąc prościej, znów coś robimy. A jeszcze prościej. Przerwy w naszych codziennych obowiązkach szczęśliwym zbiegiem okoliczności zbiegły się w czasie, co pozwoliło na tę przerwę w przerwie w pracy nad filmem.

Bilansem minionej nocy i wciąż jeszcze mijającego dnia będą dwa ujęcia. Może i to niedużo. Jednak - prawdę mówiąc - już pierwsza godzina tej wznowionej pracy wystarczyła w zupełności, by zażegnać wszelkie dręczące nas od dawna przykre doznania psychologiczne oraz fizyczne, zwane zespołem abstynencyjnym. Ręce przestały się trząść, a białe myszki pochowały się gdzieś daleko. Nie mówiąc już o kolejnych godzinach, które wprawiły nas w absolutną błogość. Aż strach pomyśleć, że jutro poniedziałek.

Cóż, należy delektować się stanem aktualnym i mieć nadzieję, by następny detoks nie trwał aż tak długo. Kolejne wyzwania czekają.

wtorek, 18 sierpnia 2015

Zawieszenie broni

Przez ponad miesiąc wyjątkowo intensywnie pracowaliśmy, chętnie o tym Wszystkim Państwu donosząc. Każde szczęście ma niestety swój koniec. Za dawnych "przedkapokowych" czasów filmy powstawały na przykład w trakcie zimowych ferii, czy w wakacje. Koniec końców zawsze jednak trzeba było wreszcie wrócić do szkoły. Teraz wszyscy są trochę starsi, poważniejsi i pewne rzeczy bywają już tylko bardziej skomplikowane.

Cały ten pracowity lipiec i tak należy umieścić w szufladzie z napisem "dary losu". Coś jak okno pogodowe dla himalaisty. Teraz jednak dla odmiany przyszły gęste chmury nieuniknionej mniej i bardziej szarej codzienności, które trochę tak nad nami powiszą. Krótko mówiąc, czeka nas co najmniej kilkutygodniowe zawieszenie broni, po którym powrót do zdjęć będzie możliwy tylko w trybie weekendowym. Ostatnie ogromne "okno" zastąpią nam więc wówczas już tylko te sobotnio-niedzielne lufciki. Faktycznie, może i nie brzmi to najweselej. Powodów do satysfakcji kilka jednak mamy. Trzeba przecież uczciwie przyznać, że ten czas minionych paru tygodni wykorzystaliśmy w maksymalnym możliwym wymiarze!

Ostatnie jak dotąd ujęcia powstawały tydzień temu. 10 i częściowo jeszcze 11 sierpnia. Stan aktualny to 5840 zdjęć, co zgodnie z obecnymi przewidywaniami stanowi trochę ponad 50% całości. W tym - co niezwykle istotne - mamy już za sobą całą zdecydowanie najtrudniejszą od strony technicznej scenę. Mogło być gorzej. Naprawdę.

Na deser nowości ze świata wirtualnego. Oto, żeby nie było zbyt nudno, w ten nasz "pochmurny" czas postanowiliśmy złożyć jaja również na innej planecie Internetu. Uwaga, uwaga... Mamy zaszczyt uroczyście zaprosić wszystkich zakażonych już tym paskudnym nałogiem do polubiania i odwiedzania naszego świeżutkiego, wciąż jeszcze lśniącego i pachnącego nowością kapokowego Facebooka!
Proszę się częstować:

poniedziałek, 20 października 2014

Co dwie głowy to nie jedna

Jak w każdą co trzecią środę marca pragniemy uraczyć Państwa odrobiną informacji na temat naszych bieżących zmagań. Ta niewątpliwie powalająca "regularność" z jaką pojawiają się wpisy na niniejszej stronie nie jest w żadnym wypadku objawem braku szacunku dla potencjalnego Czytelnika. Bynajmniej. Wynika ona raczej z ewidentnego deficytu talentów sprawozdawczych w naszych szeregach. Prosimy zatem o wyrozumiałość.

Przechodząc do konkretów. Od momentu, w którym będziemy mogli triumfalnie obwieścić, że zaczynamy zdjęcia, dzieli nas stosunkowo niewiele spraw. Najważniejszą z nich jest ta, że bohater naszego filmu wciąż czeka na głowę. A i gdzieś na marginesie tego zagadnienia są także jego dłonie.

Głowimy się i głowimy, a po drodze wychodzą z tego nieraz różne dziwne rzeczy. Podpatrujemy, podpytujemy, szukamy sprawdzonych patentów, a koniec końców i tak uczymy się na własnych błędach. Może użyć tego, a może tamtego? Może to odlać w tym, a może odwrotnie? Może to najpierw polakierować, a może spróbować innych proporcji? Itd., itd... Możliwości jest dużo. Przy okazji zahaczamy o różne pozornie odległe dziedziny. Po tygodniach zmagań z głową, stomatologia jest nam bliższa niż kiedykolwiek!

Jak powszechnie wiadomo, z dydaktycznego punktu widzenia nauka na własnych błędach nie jest wcale złą metodą. Na pewno trwałą i skuteczną. Niestety jednak także czasochłonną. Prace trwają i, jak się zdaje, jesteśmy bliżej niż dalej.

Najważniejsze to nie tracić głowy... :)

niedziela, 29 grudnia 2013

W bulu i nadzieji

Przodownicy pracy z nas żadni. Nie wyrabiamy trzystu, dwustu, stu, ani nawet pięćdziesięciu procent normy. Powód jest jednak prosty - nigdy nie zakładaliśmy sobie żadnej normy!

Niemniej, jak zapewniamy po raz nie wiadomo już który, wciąż działamy. Walczymy. Zmagamy się z czasem i z materią (nieraz może bardziej z brakiem jednego i drugiego). I choć robimy często dużo hałasu, zamętu, krzeszemy iskry, pylimy, dymimy - jednym słowem praca wre - nadal ciężko o efekty, którymi moglibyśmy się otwarcie pochwalić. Tzn. jakieś są, całkiem widoczne, ale wyjątkowo mało spektakularne. Przechwalanie się nimi byłoby zapewne zwykłym, nikomu na nic niepotrzebnym, rozdrabnianiem się. Z drugiej strony chcielibyśmy jednak od czasu do czasu dać Państwu jakieś znaki życia.

Rozwiązaniem tej trudnej sytuacji może być przyjęcie na chwilę jednego z założeń sztuki konceptualnej, a więc tego, iż wartość sztuki może tkwić w samym procesie twórczym! Proszę bardzo. O ile posklejane, czy poskręcane ze sobą dość chaotycznie deski, jeszcze bez kolorów i nic nieprzypominające; o ile jakieś detale, które nabiorą jakiegokolwiek znaczenia dopiero złączone razem w większą całość; o ile to wszystko rzeczywiście nie powinno być w tym momencie niczym spektakularnym, o tyle widok kapoków uwijających się w całym tym chaosie i bezładzie przedmiotów, może nam chyba przynieść pewną rekompensatę. Można popatrzeć, pośmiać się. Przede wszystkim jednak mamy dowód, że kapoki w ogóle coś robią.

Wracając do początku, wprawdzie nie zakładaliśmy sobie nigdy żadnej normy, ale mówiliśmy nieraz coś o nadziei. W poprzedniej notce, np. wyraziliśmy takową o ukończeniu scenografii do końca roku. Padało wówczas również stwierdzenie, że "koniec tego etapu prac jest już na wyciągnięcie ręki". Teraz - całkiem szczerze - nie jest na wyciągnięcie ręki, jest o włos. Zaś do końca roku pozostało jeszcze trochę czasu. Może zatem, miast 300% normy, będzie 100% nadziei?


niedziela, 25 marca 2012

OFAFA 2012

Niedawno informowaliśmy o kwalifikacji dwóch naszych filmów na XVII Ogólnopolski Festiwal Autorskich Filmów Animowanych OFAFA 2012. Impreza ta odbyła się w Krakowie w dniach 22-24 marca 2012 roku, zatem od ponad doby można mówić o niej już wyłącznie w czasie przeszłym. Chcemy jednak opowiedzieć to i owo na jej temat, gdyż dość nieoczekiwanie...

Zacznijmy od początku. "Pipeta" i "Resurrection" trafiły do konkursu filmów zrealizowanych przez twórców nieprofesjonalnych. Już sama obecność naszych "dzieł" w programie tak prestiżowego Festiwalu zdawała się być ogromnym wyróżnieniem. Termin Festiwalu okazał się jednak dla Kapoków na tyle niekorzystny, iż ostatecznie żaden z nas nie zgłosił gotowości do reprezentowania Ferajny na Ofafie. W razie ewentualnych potrzeb w naszym imieniu występować miał nasz dobry znajomy Piotr Kardas.

Tak oto spokojnie i niewinnie mijał sobie piątkowy wieczór. Niczego niespodziewające się Kapoki zajmowały się swoimi sprawami (właśnie tymi, które nie pozwoliły im znaleźć się w owym czasie w Krakowie), gdy nagle niewiele przed północą dotarła do nich nieoczekiwanie dobra nowina. Zadzwonił Mariusz Frukacz - jeden z organizatorów Ofafy - obwieszczając triumf naszej "Pipety". Zasugerował on, że jednak fajnie byłoby, gdybyśmy pojawili się w Krakowie osobiście. Otrząsnąwszy się już nieco, po szybkiej naradzie stwierdziliśmy krótko: "Rzeczywiście, nie codziennie przecież dostaje się Nagrodę Główną na Ofafie, jedziemy! A obowiązki? - trudno, nie uciekną."

W ten sposób następnego dnia, tj. w sobotę, wczesnym rankiem dwóch kapoków było już w drodze do Krakowa. Pierwszym punktem programu, na który mieliśmy zdążyć była Konferencja prasowa i forum dyskusyjne "Wokół polskiego filmu animowanego" o godzinie 14:00. Dotarliśmy. Wówczas po raz pierwszy oficjalnie ogłoszono werdykt jury. Rozpoczęła się dyskusja. Zaczęło się, mówiąc skrótowo, od pytań, bądź też zastrzeżeń do jurorów i ich decyzji, a skończyło na stwierdzeniach, iż polska animacja jest niedoinwestowana i słabo propagowana. Cóż, zapewne trudno się z tym wszystkim nie zgodzić, aczkolwiek sama dyskusja problemów raczej nie rozwiąże.

Kolejnych kilka godzin spędziliśmy kręcąc się po Krakowie i spotykając z różnymi znajomymi (zarówno tymi z Krakowa, jak i tymi spoza). O 19:00 przyszedł czas na rozdanie nagród, oficjalne zamknięcie Festiwalu i pokaz nagrodzonych filmów. Ze względu na późną porę i w perspektywie daleką powrotną drogę do domu, postanowiliśmy nie czekać do końca projekcji. Mogliśmy sobie na to pozwolić, gdyż sporą część spośród wyróżnionych obrazów już znaliśmy. Pożegnaliśmy się z Przewodniczącym Biura Festiwalowego Januszem Korosadowiczem i pojechaliśmy.

Podsumowując, dlaczego warto było poświęcić choćby ten jeden dzień i odwiedzić Ofafę? Przede wszystkim, mnóstwo ludzi związanych z animacją zgromadzonych jest w jednym miejscu. Daje to możliwość wymiany doświadczeń, spostrzeżeń oraz po prostu zwykłej integracji środowiska. Poza tym niewątpliwie miło jest usłyszeć od kogoś, kto całe swoje długie życie poświęcił filmowi animowanemu, jednym słowem autorytetu w tej dziedzinie, że zrobiło się dobry film. W dodatku zestaw dzieł nagrodzonych naprawdę robi wrażenie, są to obrazy dobre, bardzo dobre i znakomite, znane i uznawane. Ciekawym i cennym doświadczeniem była też sama konfrontacja własnych wyobrażeń o Festiwalu z jego rzeczywistym wizerunkiem. Otóż mimo dużej ilości filmów, całego splendoru i nienegowanego przez kogokolwiek prestiżu, impreza robi wrażenie dość kameralnej. Czy tylko nas to dziwi? Tak, czy inaczej, nie da się zaprzeczyć, OFAFA to prawdziwe święto polskiej animacji. Spotkał nas wielki zaszczyt, dziękujemy!

http://www.youtube.com/watch?v=r7zCh1IHW8s

środa, 29 lutego 2012

Krótkie Noce

No i doczekaliśmy się Pipety w TV. Może nie są to godziny porywającej oglądalności, ale zawsze jest to jakiś sukces. Krótka notka o filmie oraz godziny jego wyświetleń dostępne są pod tym adresem:


Cierpiącym na bezsenność fanom pana Mietka życzymy udanej projekcji.

czwartek, 23 lutego 2012

OFAFA


W ekspresowym, jak na ostatnie czasy tempie pragniemy pochwalić się pewną informacją. Dotyczy ona aż dwóch naszych filmów. Po szczegóły zapraszamy tu: http://www.ofafa.pl/pages/index.php?p=konkurs

środa, 22 lutego 2012

Nowości


Baaardzo długo zaniedbywaliśmy naszą stronę. Jedną z przyczyn oczywiście jest brak czasu, drugą pewnie brak zapału a
trzecią pewna stagnacja. Mało działo się rzeczy, o których warto by truć internautom. Owszem mogliśmy przecież
uraczyć Was, drodzy czytelnicy, mnóstwem życzeń z przeróżnych okazji, jakich przecież nie brakowało. Wystarczy przypomnieć, że ludzkość ma przed sobą już zaledwie niespełna rok (jak udowadnia znany dość szeroko profesor Mieczysław Koźlak-Czarnkowski). Była to zatem ostatnia w historii okazja do składania noworocznych życzeń. Rzecz jasna, chcemy aby ten rok był fajny, szczęśliwy, udany, aby zakończył się przed czasem itp. ale generalnie nie do podkreślania takich wydarzeń ta strona powołaną została. Woleli byśmy skupić się na kwestiach związanych z animacją i nami samymi. Jest wreszcie okazja by znów zabrać głos i poinformować ewentualnych użytkowników tej witryny o niedawnych epizodach z Kapokiem w roli głównej.

Zaczynamy zatem:

Ostatniej niedzieli grupa Kapok prędko nie zapomni. Ba! będzie miło ją wspominać. Mieliśmy okazję przeprowadzić warsztaty dla najmłodszych w łódzkim Muzeum Kinematografii. Udały się one podobno całkiem dobrze i nie ma co się okłamywać - cieszą nas takie słowa.

Grupka maluchów miała okazję pobawić się w tworzenie prostej, króciutkiej animacji. Przy okazji niektórzy z nich dowiedzieli się tego i owego o tym gatunku filmu i o etapach jego tworzenia.
Jako ludzie zainteresowani kinem nie mogliśmy odmówić sobie także zwiedzenia samego muzeum. Polecamy wszystkim świetną, dobrze zorganizowaną i niezwykle interesującą ekspozycję!

Na zakończenie dnia odbył się pokaz dokonań Ferajny Kapok i wcześniejszej formacji Fly Films. Mimo niskiej frekwencji i tak utrzymała się miła atmosfera a zatem zawiedzeni w żadnym razie nie jesteśmy. Cieszy wręcz, że znalazł się ktoś, kogo w niedzielne popołudnie wydarzenie tego pokroju potrafiło wyrwać z domu (szczególnie zważywszy na pogodę).

Z informacji istotnych można wspomnieć jeszcze o tym, że wreszcie Kapoki znalazły sobie nowe miejsce do pracy. Po naprawdę ciężkim okresie poszukiwań i zwątpień jest to dla nas wielką ulgą. Szczęście się do nas uśmiechnęło a dzięki temu poczuliśmy nową energię, którą mamy nadzieję przekuć na jakąś zacną animację. Prace nad takową z resztą nadal trwają. W bólach i powoli rodzi się animatik. Dopracowujemy szczegóły filmu. Żywimy nadzieję, że już niebawem będziemy mogli przystąpić do budowy scenografii.

Należy zauważyć także, iż parę dni temu zaprezentowaliśmy internautom nową produkcję. Nie jest to nic, co mogłoby powalić na kolana. Mówiąc szczerze, jest to zaledwie skromna próba Kapokowych sił w animacji rysunkowej. Efekty nie są najgorsze, więc sądzimy, że z czasem wykorzystamy tę technikę w jakiejś dłuższej formie. Obecnie można obejrzeć zaledwie 30 sekund animacji powstałej niemal przypadkiem. Filmik o którym mowa nie miał nawet scenariusza, to prosty pomysł spontanicznie przerobiony w postać filmu.

To chyba wszystko, co ważne w ostatnim czasie. Liczymy także, że więcej nie będziemy musieli milczeć, tak długo, jak ostatnio.

środa, 30 listopada 2011

Czwarty

Może to zdziwi kilka osób, ale musimy z zadowoleniem stwierdzić, że zbliża się, i to wielkimi krokami, premiera kolejnego filmu KaPoKa! Tym razem nie będziemy prezentować animacji lalkowej ani nawet pikselacji, jak to miało miejsce ostatnio. Padło na animację, a jakże, ale rysunkową. Film znów jest swoistym eksperymentem i powstał bardzo spontanicznie. Pierwsze opinie osób zaufanych, dobrych znajomych, zarówno tych związanych z filmem co zupełnie nie znających się na rzeczy, są dość dobre. O spontanicznym charakterze kreskówki świadczyć może choćby to, że nawet nie jest ona zatytułowana. Całość trwać będzie nieco ponad pół minuty, więc bardzo mało. Generalnie obraz czeka na udźwiękowienie, opracowanie napisów i wymyślenie jakiegoś sensownego tytułu. Planów związanych z tym filmikiem nie ma. Wątpliwe, żeby zaczął on "festiwalowe kółeczko", jak to miało miejsce w przypadku "Pipety" i jak jest z "Resurrection". Jest to możliwe dopiero, gdy wyniki oglądalności i opinie w sieci pozytywnie by nas zaskoczyły. Istotne jednak jest to, że KaPoK posmakował kolejnej techniki tworzenia animacji a efekty są nie najgorsze. Dla nas jest to wprawka, która może komuś się spodobać i dlatego zapadła decyzja o dodaniu dźwięku i złożeniu tego do tzw. "kupy".

wtorek, 29 listopada 2011

Sprawy stare


Czas wspomnieć o kilku już nieco nieaktualnych sprawach, ale chyba na tyle istotnych, że warto napomknąć o nich na naszej stronie. Otóż w listopadzie "Pipeta" doczekała się projekcji na festiwalu w Rochester - jesteśmy zaszczyceni i dumni.

Z zaległości, ale nie już tak mocno odległych chcieliśmy dodać, że informacja o FFNN 2011, w którym mieliśmy swój skromny udział, znalazła się na głównej stronie portalu Onet.pl, niemal identyczna lecz nieco krótsza informacja ukazała się natomiast na stronie Radia Zet - miło, że istniało coś takiego, jak szersze zainteresowanie tą sprawą.

Z zaniedbanych i zaległych spraw to chyba wszystko. Jeśli odkopiemy jeszcze jakieś ciekawe informacje z KaPoKiem w tle to damy znać.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Resurrection odwiedza kolejne miejsca


Mamy kolejne wieści na temat naszego "Resurrection". I są to informacje bardzo dla nas radosne. Otórz już nie tylko ŻubrOFFka zaprezentuje ten tytuł. Filmowi udało się przejść przez kolejne dwa sitka i dzięki temu pokazany zostanie na festiwalu Łapa oraz na tegorocznych Filmowych Zwierciadłach. Oba festiwale nie są nam obce, odwiedziła je nasza "Pipeta". Przypomnimy tylko, że z Ostrołęki udało nam się przywieźć wyróżnienie. Jak będzie w tym roku? wystarczy trochę poczekać i się tego dowiemy. My swoim starym zwyczajem trzymamy kciuki i czekamy na wszystkie wspomniane imprezy.

poniedziałek, 21 listopada 2011

V Festiwal Filmów Niepoważnych "NAKRĘCENI" 2011


Pewnie ogromna większość ludzi przyjmuje za normalną rzecz,że impreza mająca za sobą już kilka odsłon, pojawi się w kolejnym roku. Niby to logiczne, ale nie tak znów oczywiste. Tak właśnie rzecz się miała z bełchatowskim festiwalem "Nakręceni". Odbyła się pierwsza, druga, trzecia i czwarta edycja. Przyszedł rok 2011 i kolej na piątą odsłonę. Dobre samopoczucie wielbicieli tego wydarzenia psuły jednak różne wiadomości ukazujące się na stronie organizatora. Czytaliśmy komunikaty obwieszczające, że a to festiwalu nie będzie, innym razem, że odbędzie się jakiś pokaz filmów, ale nie zostanie zorganizowany przegląd konkursowy. Powodem jak zawsze miały być pieniądze... Jako ludzie zainteresowani tematem filmów i przyzwyczajeni już do corocznej zabawy na "Nakręconych" zgodnie stwierdziliśmy, iż tak być nie może i ten festiwal tak łatwo nie umrze. O dziwo poszło dużo łatwiej niż się spodziewaliśmy. Wystarczyła krótka wizyta w Miejskim Centrum Kultury podczas której stwierdziliśmy, że skoro oni nie chcą organizować festiwalu, to zajmiemy się tym my. I to podziałało w magiczny wręcz sposób. Jakimś cudem znalazły się i pieniądze i chęci. Owszem, wszystko przygotowywane było w pośpiechu bo i decyzja o kontynuowaniu "FFNN" zapadła późno. Takim oto sposobem dołożyliśmy ze swojej strony troszkę starań, zdobyliśmy kilku drobnych sponsorów, opracowaliśmy część grafiki festiwalowej, stworzyliśmy muzykę pod przerywniki, zasiadamy też w konkursowym jury (uważamy, że nie jest to dużo, ale lepsze to niż nic) - słowem nazywamy się oficjalnie "współorganizatorami". Rzecz jasna z tego też powodu żaden z naszych filmów nie weźmie udziału w konkursie. No cóż, coś za coś ;)

Nas jednak najbardizej cieszy, to że udało się utrzymać tę jedną z ciekawszych kulturalnych imprez Bełchatowa przy życiu. Mamy też nadzieję, że w kolejnych latach nie będziemy przeżywać podobnych dramatów i oczywistym będzie, że "Nakręceni" to już kawałek naszego miasta, tradycja, której nie powinniśmy zapominać, coś czym możemy się poszczycić i być z tego dumni.
Zapraszamy zatem na solidną porcję kina (i nie tylko kina). Startujemy w najbliższy piątek o 16.00. Po szczegółowe informacje prosimy zaglądać tu.

niedziela, 20 listopada 2011

ŻubrOFFka 2011


Przyszła pora, aby i nasze Resurrection rzucić na duży ekran. W sieci znaleźć można informacje o filmach zakwalifikowanych na festiwal ŻubrOFFka. Będzie to już szósta edycja białostockiej imprezy. Nasza produkcja pojawi się między filmami w kategorii "amatorzy". Oczywiście serdecznie zapraszamy na projekcję!

ŻubrOFFka to dobrze znana marka wśród polskich festiwali. Poza filmami na widzów i twórców czekać będą rozmaite atrakcje. Dość powiedzieć, że festiwal trwać ma od 7. aż do 11. grudnia. Po więcej informacji zapraszamy np. tutaj.

My oczywiście ufamy, że nasz króciutki film zyska sobie sympatię widowni. Standardowo trzymamy za to kciuki.

sobota, 19 listopada 2011

Pokazy Specjalne KAN

Panie i Panowie, śpieszymy donieść o pewnym zjawisku, które, choć trwa już od niemal pół roku, w jakiś dziwny sposób aż do teraz umykało naszej uwadze. Cóż to za zjawisko? Na początku maja informowaliśmy o Festiwalu Kina Amatorskiego i Niezależnego KAN we Wrocławiu oraz o otrzymanym tam przez Pipetę wyróżnieniu. Charakterystyczne dla tej imprezy jest jednak to, że pomiędzy kolejnymi, odbywającymi się corocznie edycjami, w całym kraju pod jej szyldem organizowane są dość liczne pokazy dodatkowe, tzw. "specjalne". Do tej pory oprócz samego Wrocławia nawiedzały one (kolejność chronologiczna): Nową Sól, Nową Rudę, Leśnicę, Katowice, Berlin, Szklarską Porębę, Jawor i Rzeszów. Ze względu na różnorodność miejsc i charakteru imprez towarzyszących, programy tych projekcji bywają różne. Czasem, jak się okazuje, jeden z punktów "rozkładu jazdy" stanowi nasza Pipeta. I to właśnie przegapiliśmy.

Przez długie miesiące byliśmy przekonani, iż zawiadamiamy rzetelnie o wszystkich nadarzających się okazjach do oglądania naszych "dzieł" na dużym ekranie. A jednak... Dlaczego tak późno się zorientowaliśmy? Nie może być żadną tajemnicą, iż Kapok ma pewne powiązania z Częstochową. Dla jednego z nas jest to miejsce wspominanych z łezką w oku lat studenckich, dla innego zaś owe lata studiowania w "mieście świętej wieży" nadal jeszcze trwają (nie czas na rozważania, czy "stety", czy niestety...), a właśnie w Częstochowie odbędzie się najbliższy pokaz specjalny KAN, w programie którego nie zabraknie Pipety. Takiego wydarzenia, przy wspomnianych związkach z miastem, nie dało się już przeoczyć. Za wszystkie poprzednie przegapione przepraszamy, prosimy o rozgrzeszenie i obiecujemy poprawę.

Tymczasem serdecznie zapraszamy na projekcje w "świętym mieście" wszystkich, którym byłyby one jakkolwiek po drodze. Rzecz dzieje się w najbliższy wtorek i środę (22-23 listopada 2011 r.), w Klubie Politechnik (al. Armii Krajowej 23/25), start o 18:00. W rozkładzie pozycje nagrodzone na festiwalu. We wtorek filmy polskie, dzień później zagraniczne. Wstęp wolny. Jeszcze raz gorąco zachęcamy!

Więcej informacji tu i tu.

wtorek, 15 listopada 2011

Relacja z Relanium

Za nami już kolejna edycja imprezy zwanej Relanium. Tak jak się można było spodziewać klimat dopisał, publiczność świetnie przyjmowała kolejne filmy. Z racji ich charakteru salę co chwilę przecinały salwy donośnych chichotów. Miło było patrzeć na mniej lub bardziej amatorskie produkcje przepełnione humorem. Nasza "Pipeta" również spotkała się z fajnym odbiorem. Okazało się z resztą, że nie tylko publiczności przypadła ona do gustu. Jurorzy tegorocznej edycji postanowili uhonorować nas tzw. Średnią Relanką (inaczej mówiąc jest to druga nagroda). Nie trzeba chyba nadmieniać, że bardzo pozytywnie nas to zaskoczyło.

Co do samego festiwalu to trzeba przyznać, że był krótki, treściwy i sprawnie przeprowadzony. Większej "obsuwy" w stosunku do programu nie odnotowaliśmy. Faktem jest, że ów program nieco uległ zmianie i wyleciał z niego blok filmów, w którym miało być prezentowane nasze "Resurrection". Szkoda, że do dziś nie mieliśmy okazji widzieć go na dużym ekranie, ale z drugiej strony dobrze się stało bo taki "zamulator" nijak nie pasowałby do Relanium, które przecież ma być nie inne jak antydepresyjne. A na srebrny ekran pewnie jeszcze przyjdzie czas.

Co można jeszcze powiedzieć o łódzkiej imprezie walczącej dumnie ze stanami przygnębienia? Ano na pewno tyle, że nieco słabe były same warunki techniczne odtwarzania filmów. Doczepić się można tak do dźwięku, który pobrzmiewał gdzieś z okolic ekranu, jak i do obrazu, który przywodził na myśl odchodzące w zapomnienie kasety VHS. Sala w Cytrynie jest niezbyt szeroka, ale za to długa niepomiernie. Dlatego pewnie dźwięk w jej końcu był już mocno zniekształcony. Odległość rzutnika od ekranu zapewne też zrobiła swoje - tak się nam przynajmniej wydaje ;P To jednak tylko detale, które nie zdołały zepsuć ogólnego dobrego wrażenia. Oglądać wszak się przecież dało a zabawa była lepsza niż na niejednym sporo większym festiwalu. Publiczności i frekwencji pozazdrościć może nie jeden organizator podobnego wydarzenia. Tak więc, z filmem czy bez, chętnie wpadniemy do Łodzi za rok.

Warto też przypomnieć, a niektórych może dopiero uświadomić, że tegoroczna nagroda dla Ferajny Filmowej KaPoK to już druga Relanka w naszych zbiorach. Parę lat temu gościliśmy w Łodzi jeszcze jako Fly Films i przy pomocy animacji "Die Wiedergutmachung" zgarnęliśmy wówczas najmniejszą ze statuetek (Małą Relankę).

Może jeszcze tylko dodamy, że pozytywne wydały nam się męskie toalety w Cytrynie ;)