Blisko dwa tygodnie temu ogłaszaliśmy
światu zakończenie zdjęć do naszego najnowszego filmu "C'est la vie". Wówczas - w emocjach, całkiem na gorąco - uznaliśmy
przezornie, że może nie jest to jeszcze najlepszy czas na refleksje
i podsumowania, zatem na dość zdawkowym fejsbukowym komunikacie poprzestaliśmy. Teraz, gdy temperatura nieco już opadła, pozwolimy
sobie zabrać Szanownych Państwa w swego rodzaju sentymentalną
podróż poprzez wszystkie te ostatnie najintensywniejsze miesiące
kapokowego życia - bo na podsumowanie ostatnich lat przyjdzie czas,
gdy uporamy się już nie tylko ze zdjęciami, ale z całym filmem...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdjęcia. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 18 lutego 2016
niedziela, 3 stycznia 2016
Nie jest źle
Proszę Państwa,
Sielanka dobiega właśnie końca. Dla wielu z nas czas świąteczno noworoczny jest pełen dni całkowicie wolnych od codziennych obowiązków. W naszym przypadku okoliczność ta naturalnie stała się okazją do nadgonienia wielotygodniowych przestojów w pracach nad filmem. I nadgonić udało się całkiem konkretnie! Minionej nocy została ukończona czwarta z pięciu zaplanowanych scen filmu. Łącznie mamy już 8701 zdjęć. Pod względem ilościowym nie jest źle. A jak pod względem jakościowym? Nie będziemy rozpisywać się o tym, co nam samym się wydaje, bo nie wypada - i nawet trudno by było - być sędzią we własnej sprawie. Wspomnimy natomiast, iż pewne obiektywne prawa przyrody zdają się potwierdzać, że tu też nie jest źle!
Skoro już bawimy się czasem w te statystyki, można spojrzeć na to w ten sposób. Zdjęcia rozpoczęliśmy 28 czerwca 2015. Dziś - 3 stycznia 2016 - mamy już zatem na liczniku dzień nr 185. Daje to średnio 47 zdjęć w ciągu dnia. Niezbyt szybkie tempo, prawda? Gdy jednak do liczenia przeróżnych średnich uwzględnimy nie tyle start zdjęć, co moment rozpoczęcia jakichkolwiek działań z tym filmem związanych, okaże się, że średnie tempo mamy jeszcze gorsze. Przypomnijmy, że niedawno minął piąty rok od rozpoczęcia prac nad "C'est la vie". Wychodzi więc na to, iż do tej pory nasza średnia prędkość to 69 sekund filmu na rok, co w przeliczeniu dawałoby niecałych 5 zdjęć na dzień...
Sielanka dobiega właśnie końca. Dla wielu z nas czas świąteczno noworoczny jest pełen dni całkowicie wolnych od codziennych obowiązków. W naszym przypadku okoliczność ta naturalnie stała się okazją do nadgonienia wielotygodniowych przestojów w pracach nad filmem. I nadgonić udało się całkiem konkretnie! Minionej nocy została ukończona czwarta z pięciu zaplanowanych scen filmu. Łącznie mamy już 8701 zdjęć. Pod względem ilościowym nie jest źle. A jak pod względem jakościowym? Nie będziemy rozpisywać się o tym, co nam samym się wydaje, bo nie wypada - i nawet trudno by było - być sędzią we własnej sprawie. Wspomnimy natomiast, iż pewne obiektywne prawa przyrody zdają się potwierdzać, że tu też nie jest źle!
Skoro już bawimy się czasem w te statystyki, można spojrzeć na to w ten sposób. Zdjęcia rozpoczęliśmy 28 czerwca 2015. Dziś - 3 stycznia 2016 - mamy już zatem na liczniku dzień nr 185. Daje to średnio 47 zdjęć w ciągu dnia. Niezbyt szybkie tempo, prawda? Gdy jednak do liczenia przeróżnych średnich uwzględnimy nie tyle start zdjęć, co moment rozpoczęcia jakichkolwiek działań z tym filmem związanych, okaże się, że średnie tempo mamy jeszcze gorsze. Przypomnijmy, że niedawno minął piąty rok od rozpoczęcia prac nad "C'est la vie". Wychodzi więc na to, iż do tej pory nasza średnia prędkość to 69 sekund filmu na rok, co w przeliczeniu dawałoby niecałych 5 zdjęć na dzień...
To oczywiście tylko średnie. Choć prawdziwe, często pokazują rzeczywistość w krzywym zwierciadle. Wystarczy wspomnieć, powiedzmy, o średnich zarobkach w naszym nieszczęśliwym kraju... Niemniej jednak i bez zbytniego wczuwania się w jakiekolwiek statystyki nietrudno stwierdzić, że tempo naszych prac jest wolne lub bardzo wolne. Niewątpliwie też działamy tanio, oszczędnie przecedzając każdy wydawany grosz przez sito wątpliwości i pytań w rodzaju "czy na pewno warto?". Zgodnie zaś z obiektywnym prawem przyrody zilustrowanym poniżej, jeśli jest tanio i szybko, nie może być dobrze.
Skoro więc w naszym przypadku jest tanio i wolno, wolno nam się chyba łudzić, że jest dobrze, no bo przecież nie jest źle!
wtorek, 28 lipca 2015
"Film jest już gotowy..."
Alfred Hitchcock mawiał ponoć czasem, że "film jest już gotowy, trzeba go tylko nakręcić". Komuś, komu nigdy nie dane było znaleźć się bliżej jakiejkolwiek produkcji filmowej lub tym bardziej komuś, kto nigdy nawet nie zastanowił się choć przez chwilę nad organizacją takich przedsięwzięć, zdanie to może się wydawać co najmniej dziwne. Tymczasem Hitchcock wiedział co mówi i bez wątpienia mówił w tym wypadku coś mądrego.
Otóż między słowami "amator" a "profesjonalista" można rozciągnąć długą oś. Dalej można próbować tę oś wyskalować według bardzo różnych jednostek, lecz szybko jednym z lepszych kryteriów skalujących okazałoby się planowanie. Im bliżej amatorowi do poziomu profesjonalnego, tym więcej planuje. Oczywiście w całej tej regule znajdą się szlachetne wyjątki. Czasem w różnych Wielkich Dziełach, Wielcy Twórcy, dla których określenie "amator" byłoby katastrofalną obelgą, zostawiali bardzo dużo miejsca na improwizację. Generalna zasada jest jednak taka, o czym w żartobliwym tonie słyszymy w zdaniu przypisywanym Hitchcockowi.
Można sformułować jeszcze jedną regułę z planowaniem w roli głównej. Im więcej animacji w filmie, tym więcej planowania. Tak jest. Gdy animowane są w filmie tylko - nazwijmy to - wstawki. Mówimy np. o walce tego czy owego bohatera z brzydkim okropnym ogrem. Ogr jest owocem pracy często nie jednej lecz wielu osób siedzących przy komputerze. I jest animacją! Trudno sobie wyobrazić, by taka scena konfrontacji żywego aktora z czymś wirtualnym nie była przed przystąpieniem do kręcenia zaplanowana w najdrobniejszym milimetrze. Są i inne oczywistości ze świata profesjonalnego filmu animowanego, które Przeciętnemu Mieszkańcowi tej planety wydają się wręcz niedorzeczne, a też wskazują na istotną rolę zachowania kierunku "od myślenia do działania" - nieodwrotnie. Jak ta, że najlepiej mieć najpierw nagrany głos, by dopiero potem z zarejestrowanymi na czysto dialogami przystępować do prac nad stroną wizualną. Sprawa ma naturę jeszcze bardziej fundamentalną w przypadku filmów muzycznych, gdzie obraz ma być ściśle zintegrowany z muzyką.
Można tak jeszcze długo. Czemu o tym?
Amatorami byliśmy niewątpliwie przez długie lata. Należałoby wręcz powiedzieć, że na głębokiej bagiennej amatorszczyźnie zęby zjedliśmy. Kiedyś tam powiedzieliśmy sobie "dość". Odpowiedź na pytanie o to, ile z tego postanowienia wynikło do dnia dzisiejszego, pozostawimy uprzejmie Osobom Trzecim. Niemniej jednak, co chcielibyśmy podkreślić, dodatnim kierunkiem postępu na wspomnianej powyżej osi zainteresowaliśmy się już całkiem dawno i przynajmniej staramy się być w tym konsekwentni. Nie jest tajemnicą, że tworzymy film, w którym animacja jest nie tylko skromnym dodatkiem. Mało tego, inną - akurat niezbyt głośno dotąd artykułowaną - prawdą jest też ta, że "C'est la vie" w jakimś stopniu będzie filmem muzycznym. Cóż, z tym planowaniem poprzeczkę zainstalowaliśmy sobie całkiem wysoko.
W poprzedniej notce padło że mamy około 40% zdjęć. Wynika z tego jednoznacznie, że musiał istnieć wcześniej jakiś plan! Zgadza się, istniał. Od dawna. Ale... minęły następne tygodnie, ilość zdjęć wzrosła o blisko kolejny tysiąc, tymczasem słupek procentów podniósł się nieznacznie, pokazując obecnie raptem coś w okolicy 44. O czym to świadczy? Ano o tym, że nieoczekiwanie pozwoliliśmy sobie na pewną dozę spontaniczności. Ehh... ciężka dola amatora... :)
Otóż między słowami "amator" a "profesjonalista" można rozciągnąć długą oś. Dalej można próbować tę oś wyskalować według bardzo różnych jednostek, lecz szybko jednym z lepszych kryteriów skalujących okazałoby się planowanie. Im bliżej amatorowi do poziomu profesjonalnego, tym więcej planuje. Oczywiście w całej tej regule znajdą się szlachetne wyjątki. Czasem w różnych Wielkich Dziełach, Wielcy Twórcy, dla których określenie "amator" byłoby katastrofalną obelgą, zostawiali bardzo dużo miejsca na improwizację. Generalna zasada jest jednak taka, o czym w żartobliwym tonie słyszymy w zdaniu przypisywanym Hitchcockowi.
Można sformułować jeszcze jedną regułę z planowaniem w roli głównej. Im więcej animacji w filmie, tym więcej planowania. Tak jest. Gdy animowane są w filmie tylko - nazwijmy to - wstawki. Mówimy np. o walce tego czy owego bohatera z brzydkim okropnym ogrem. Ogr jest owocem pracy często nie jednej lecz wielu osób siedzących przy komputerze. I jest animacją! Trudno sobie wyobrazić, by taka scena konfrontacji żywego aktora z czymś wirtualnym nie była przed przystąpieniem do kręcenia zaplanowana w najdrobniejszym milimetrze. Są i inne oczywistości ze świata profesjonalnego filmu animowanego, które Przeciętnemu Mieszkańcowi tej planety wydają się wręcz niedorzeczne, a też wskazują na istotną rolę zachowania kierunku "od myślenia do działania" - nieodwrotnie. Jak ta, że najlepiej mieć najpierw nagrany głos, by dopiero potem z zarejestrowanymi na czysto dialogami przystępować do prac nad stroną wizualną. Sprawa ma naturę jeszcze bardziej fundamentalną w przypadku filmów muzycznych, gdzie obraz ma być ściśle zintegrowany z muzyką.
Można tak jeszcze długo. Czemu o tym?
Amatorami byliśmy niewątpliwie przez długie lata. Należałoby wręcz powiedzieć, że na głębokiej bagiennej amatorszczyźnie zęby zjedliśmy. Kiedyś tam powiedzieliśmy sobie "dość". Odpowiedź na pytanie o to, ile z tego postanowienia wynikło do dnia dzisiejszego, pozostawimy uprzejmie Osobom Trzecim. Niemniej jednak, co chcielibyśmy podkreślić, dodatnim kierunkiem postępu na wspomnianej powyżej osi zainteresowaliśmy się już całkiem dawno i przynajmniej staramy się być w tym konsekwentni. Nie jest tajemnicą, że tworzymy film, w którym animacja jest nie tylko skromnym dodatkiem. Mało tego, inną - akurat niezbyt głośno dotąd artykułowaną - prawdą jest też ta, że "C'est la vie" w jakimś stopniu będzie filmem muzycznym. Cóż, z tym planowaniem poprzeczkę zainstalowaliśmy sobie całkiem wysoko.
W poprzedniej notce padło że mamy około 40% zdjęć. Wynika z tego jednoznacznie, że musiał istnieć wcześniej jakiś plan! Zgadza się, istniał. Od dawna. Ale... minęły następne tygodnie, ilość zdjęć wzrosła o blisko kolejny tysiąc, tymczasem słupek procentów podniósł się nieznacznie, pokazując obecnie raptem coś w okolicy 44. O czym to świadczy? Ano o tym, że nieoczekiwanie pozwoliliśmy sobie na pewną dozę spontaniczności. Ehh... ciężka dola amatora... :)
wtorek, 14 lipca 2015
4 tysiące zdjęć później...
Niedawno informowaliśmy o rozpoczęciu
zdjęć. Nasz aktualny codzienny punkt widzenia w dość osobliwy
sposób wpływa na poczucie czasu i, prawdę mówiąc, dopiero
przypadkowe bardzo uważne, trzeźwe spoglądnięcie w kalendarz
pozwoliło zdać sobie sprawę, że to już dwa tygodnie. Kto by
pomyślał! Zaszywamy się w tej dusznej, ciasnej pracowni, gdzie
światło dzienne jest niemile widzianym gościem. Ciężko
powiedzieć, kiedy ostatnio dane nam było widzieć wschód czy
zachód słońca. Ale nie żebyśmy narzekali, co to, to nie!
I tak po dwóch tygodniach, ku ogromnej
uciesze, lecz i bez epatowania nadmiernym - niezdrowym przecież -
entuzjazmem, donosimy. Idzie nieźle. W liczbach rzecz przedstawia
się wyjątkowo optymistycznie. Mamy za sobą już całą pierwszą
scenę. Zrobionych dotąd 4050 zdjęć stanowi nieco ponad 40%
planowanej całości. Idziemy jak burza. Ale to tylko jedna strona
medalu.
Druga jest taka, że już niebawem
rozpocznie się etap, w którym - co jest więcej niż pewne - tempo
pracy drastycznie spadnie. I raczej nie dlatego, że kogoś nagle coś
rozboli, czy też komuś się odechce. Po prostu najtrudniejsze wciąż
przed nami.
Co tu zresztą dużo mówić. To już
jutro. Chodzi o trudność animacji. Jutro zaczniemy serię ujęć, w
których stanie się ona prawdziwym wyzwaniem w porównaniu ze
stosunkowo prostym animowaniem dotychczas. Żeby nie zdradzać zbyt
wiele. Niedawno w pewnej rozmowie padło stwierdzenie, że film
będzie miał w sobie spore pokłady dziwności. W scenach, które
dopiero czekają na swą realizację, stężenie owej dziwności
będzie tylko rosło. Tyle możemy ujawnić. I niestety nie ułatwia
to zadania z żadnej strony... :)
Na koniec należałoby może jeszcze
uczciwie wspomnieć o niepowodzeniach. Zaliczyliśmy do tej pory dwa
nieudane ujęcia. Ponadto spora ilość detali, które stworzyliśmy,
ciężko w swoim czasie pracując nad scenografią, okazała się
niepotrzebna. Oto obiektyw brutalnie zweryfikował pewne wcześniejsze
wyobrażenia. No i zdarzyła się też jedna hospitalizacja... Mimo
wszystko jednak w ramach skrupulatnie prowadzonych statystyk, w
rubryczce "ofiary w ludziach", wciąż triumfalnie lśni
okrągłe "0" i tego się trzymajmy!
poniedziałek, 29 czerwca 2015
C'est la vie
Szanowni Państwo,
Kilka ostatnich tekstów na tej
stronie było pisanych według podobnego scenariusza. Na początek
parę zdań wstępu, w którym przepraszamy za długotrwałe
milczenie i próbujemy jednocześnie jakoś je usprawiedliwić.
Następnie przejście do sedna, a więc pochwalenie się, że coś
tam jednak robimy. A to szafa, a to głowy, a to jeszcze coś tam
innego. No i na koniec zapewnienie, że zdjęcia tuż tuż. Tym razem
będzie inaczej.
Oczywiście nie śmielibyśmy zaniedbać obowiązków
"pierwszoakapitowych", a więc serdecznie przepraszamy za
długotrwałe milczenie i brak najmniejszych choćby oznak życia
przez tyle miesięcy. Jednak, o czym zapewniamy po raz nie wiadomo
już który - podobnie jak rok, dwa, trzy ale i pięć lat temu -
wciąż istniejemy
i mimo wszystko trwamy.
Oto
jednak, przechodząc do sedna, chcielibyśmy uroczyście
zakomunikować, iż w dniu wczorajszym, 28 czerwca 2015 roku, w
siedemdziesiątą rocznicę powołania przez Bolesława
Bieruta Tymczasowego
Rządu Jedności Narodowej, w godzinach nocnych rozpoczęliśmy
zdjęcia do naszego najnowszego filmu o roboczym tytule "C'est
la vie"! Czy jest tu ktoś, kogo nie cieszy to w podobnym
stopniu co nas?
Do wyjaśnienia pozostaje tylko jedna kwestia.
Osoby, które czytują tę stronę regularnie (o ile w ogóle można
mówić w tym wypadku o jakiejkolwiek regularności), mogą się
zastanawiać jak to jest, że rok
i dwa lata
temu byliśmy w stanie z pełnym przekonaniem zapewniać o
zbliżającym się wielkimi krokami rozpoczęciu zdjęć. Właściwie
to miały one być już na wyciągnięcie ręki, już za chwilę, za
momencik... Otóż, co należy szczerze przyznać, nie wiemy. Nie
wiemy jakim cudem mogło nam się tak wydawać. Ale, proszę nam
jednak wierzyć, nigdy nie kłamaliśmy. Dwa
lata temu naprawdę byliśmy przekonani, że w przeciągu pół
roku uda nam się skończyć ten film. Podobne przekonanie panuje
zresztą i teraz, ale może już lepiej zbyt głośno o tym nie
mówić... :P
Etykiety:
2015,
Bierut,
C'est la vie,
Ferajna Filmowa KaPoK,
lato,
TRJN,
Zdjęcia
Subskrybuj:
Posty (Atom)



